lifestyle

Życie zero waste. Moje wrażenia

Właśnie położyliśmy dzieci spać. Nasłuchujemy. Śpią. Uff. Siedzimy chwilkę, odpoczywając mentalnie i przygotowujemy się do wieczornego czasu. Mąż wstaje zabiera się za swój codzienny rytuał – pakowanie śmieci. Stara się cichutko, by nie obudzić dzieci, zgniatać plastiki. Potem wynosił wory ze śmieciami – plastik i zmieszane. I tak codziennie.

Jakbym się nie starała, scenariusz się powtarzał.

Odkąd mieszkasz w domku jednorodzinnym nie ma dokąd codziennie wynosić śmieci. Zbierasz je i czekasz na dzień przyjazdu śmieciarki. Ba! Musisz pamiętać,co i kiedy zabiorą od ciebie i nie wystawić zamiast plastików szkła i odwrotnie. Najgorzej jest z odpadami wielkogabarytowymi, te są zabierane raz do roku. I to nie wszystkie.

Oczywiście, słyszałam o Bei Johnson z zerowastehome, osobie, która wraz z rodziną przez rok generuje tylko słoik śmieci. Jak jej się to udaje? Czy to w ogóle jest możliwe w polskich warunkach? Z jakimi ograniczeniami się to wiąże? To zadanie wydawało mi się niewykonalne i mocno kłopotliwe. Zresztą ten słoik stał się chyba jakimś stereotypem, jak 100 przedmiotów u minimalistów.

Bardzo ucieszyłam się, kiedy rozpakowałam przesyłkę z książką Życie zero waste autorstwa Kasi Wągrowskiej. Ha! Wreszcie się dowiem, ile śmieci generują polscy zerowaste’owcy.

Bardzo podoba mi się pomysł książki. Wyobrażam ją sobie jako taką podręczną encyklopedię dla początkujących zerowaste’owców i minimalistów. Życie zero waste zostało wzbogacone o wywiady z innymi zaangażowanymi ekologicznie osobami, opisy ciekawych historii związanych z ograniczaniem śmieci, przepisy jak robić mydła i pasty do zębów. Każdy rozdział kończy się krótkim podsumowaniem ze wskazówkami do zastosowania. To podsumowanie jest chyba najcenniejszą częścią tej książki, bo pokazuje, jak zacząć ograniczać odpady na co dzień.

minimalizm

Książkę Życie zero waste czytałam zastanawiając się, które z tych pomysłów mogę wcielić w moje życie. Czasami czytałam, myśląc – co jeszcze mam zrobić? Używam pieluszek wielorazowych, ubrania kupujemy głównie w second-handach, biorę udział w wymiankach, wypuszczam różne przedmioty dalej, mam w domu sodę, kwasek cytrynowy i ocet i umiem ich używać. Oszczędzam prąd i wodę. Smaruję się olejem.

A mimo to prawie codziennie znoszę do domu plastiki. Nawet, jeśli biorę ze sobą wielorazowe torby, to przynoszę plastik w postaci opakowań po jogurtach, tacek na mięso, worków na ziemniaki i różnych innych opakowań. Nie wszystko mogę kupić na wagę i na razie nie kupuję utytłanych ziemią warzyw od rolnika. Jasne, że kupowałabym w sklepie Bez Obalu, gdyby tylko w moim mieście był taki. Ale kto wie, być może zmiany, które już są wprowadzane w większych miastach, niedługo pojawią się i w mniejszych miejscowościach? Zobaczymy.

Życie zero waste warto zacząć od siebie, od swojej rodziny. Jeśli chodzi o drobne zmiany u nas – planuję poszyć różne woreczki na warzywa i owoce, tak by nie musieć ważonych owoców pakować do foliówek. Chciałabym też mieć kompostownik, tutaj muszę trochę zgłębić temat. Z bardzo prostych rzeczy – zakładam zabieranie z domu bidonu na każde wyjście, przygotowywania w domu drobnych przekąsek i zabieranie je ze sobą. Na razie będę radykalnym zerowaste’owcem. Może kiedyś.

Podsumowując, książkę mogę polecić osobom, które dopiero zgłębiają temat, które się zastanawiają jak przeorganizować życie rodziny pod tym kątem i szukają praktycznych wskazówek. Jeśli czytałaś książkę, daj znać, czy ci się podobała.

You Might Also Like

  • http://blogzmiasta.pl/ Justyna

    Ilość produkowanych śmieci najbardziej zauważam na wyjazdach. Na przykład teraz, kiedy zamiast dużego kosza mamy jeden malutki pojemnik w łazience. Niby prawie nas w tym pensjonacie nie ma, nie gotujemy, nie kupujemy nic poza jedzeniem, ale po trzech dniach jest prawie pełny. Opakowań po przekąskach (góry, czekolada musi być :) ). Woreczków po herbacie. Woreczków po pieczywie (nie ma zmiłuj, jak nie wsadzimy do reklamówki to do rana zaschnie). Butelek po wieczornym piwie. Paragonów (srsly, nawet do jednej kawy wydają teraz trzy osobne karteczki!). Szok i przerażenie.
    O ile całym sercem jestem za pomysłem ograniczania produkowanych przez siebie odpadów, to wprowadzenie rygorystycznego zero waste szczególnie w bloku (bez segregacji, bez miejsca na kompostownik) wydaje mi się zbyt czaso-i-pracochłonne. Może nie niemożliwe, ale wymagające nieproporcjonalnie wielu wyrzeczeń.

  • Brzoko

    Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że mieszkamy teraz przy jednej ulicy. A czytam Cię od dobrych dwóch lat!
    Siedem kilometrów od domu masz całkiem nieźle zaopatrzoną giełdę warzywną z dobrymi cenami i bez nadmiaru foliowych woreczków. Mają tez stoiska z rybami i mięsem :)

  • https://www.youtube.com/channel/UCxx37_j_bXIOSxSlFRF3Uew Rosaline

    Takie idee są naprawdę super, jednak dla mnie w zdroworozsądkowym wydaniu. Lubię wprowadzać rozwiązania, które mogą pomóc w jakikolwiek sposób naszej planecie, ale nie kosztem rezygnacji z własnego komfortu. Niestety mam wrażenie, że wiele z tego typu rozwiązań jest bardzo pracochłonnych, nie wyobrażam sobie robienia własnej pasty czy mydła. W ramach przypływu chęci do DIY i jednorazowej zabawy jeszcze przejdzie, ale na co dzień cenię wygodniejsze rozwiązania.

  • http://pattie.pl/ Patrycja | Pattie.pl

    Od czasu kiedy przeprowadziliśmy się „na swoje” zaczęłam myśleć o segregacji odpadów trochę więcej. To nie ja byłam „tą” od wyrzucania śmieci do kontenera. Kiedy 2 lata temu wprowadziliśmy się do nowego mieszkania, mój chłopak od razu zrobił oddzielne kosze na odpadki odnawialne. Szczerze mówiąc nie zastanawiałam się nad tym jakoś specjalnie, skoro tak zarządził to przytaknęłam i czynność segregacji jakoś tak naturalnie weszła w nawyk. Do czasu kiedy w lato zaczęliśmy produkować masę, masę plastiku z butelek po wodzie. Chyba to przelało szalę i zaczęliśmy zastanawiać się jak można to zmienić i to jak najszybciej. Zainwestowaliśmy w szklany dzbanek z wymiennymi filtrami i z marszu ilość butelek się zmniejszyła. Teraz powoli wprowadzamy zmiany niekorzystania z woreczków foliowych na ziemianki czy inne warzywa, bo reklamówek do sklepów już dawno nie nosimy. W dzisiejszym świecie trudno jest być tak w 100% zero waste, bo foliówki przy warzywach sklepy uważają za wartość dodaną i coś co podnosi jakość obsługi klienta.